Powiew świeżego powietrza, czyli jak spotkaliśmy Anamikę i Ramę

Kelambakkam, 30th of November 2016 

Nasza ostatnia noc w Indiach zmieniła naszą opinię o tym kraju raz na zawsze!

 Nie będziemy oszukiwać – chociaż widzieliśmy w Indiach niesamowite rzeczy, tak jak na przykład Taj Mahal, i spotkaliśmy przemiłych ludzi, takich jak nasi gospodarze w Delhi, wciąż nie mogliśmy sobie wyobrazić jak wyglądałoby nasze życie tu, w Indiach.

Przed wyruszeniem w naszą podróż dookoła świata, zdecydowaliśmy, że spróbujemy dowiedzieć się jak wygląda życie codzienne w każdym z krajów, który odwiedzimy. Postawiliśmy sobie cel: odkryć jaka byłaby nasza codzienność gdybyśmy urodzili się w danym kraju.

Nasz pobyt w Indiach dobiegał końca, a my byliśmy przekonani, że Indie nie zapewniły nam wystarczająco dużostymulacji’, abyśmy mogli sobie wyobrazić jakby nam się tam żyło. Nie zrozum nas źle – Indie bardzo nas ‘wystymulowały’, szczególnie wszyscy ludzie dookoła nas…ale wydaje nam się, że nie była to stymulacja w odpowiednim kierunku. Rady, które otrzymaliśmy były świetne, ale chyba nie były w zgodzie z naszymi zainteresowaniami. Ludzie, których spotkaliśmy byli pomocni i mili, ale wydaje nam się, że nie zrozumieli naszego podejścia do życia. Może też dlatego nie udało nam się stworzyć odpowiedniego ‘związku’ między nami a Indiami. Przez to czuliśmy się bardzo samotni.

Jednak to wszystko nagle się zmieniło, kiedy spotkaliśmy Anamikę i Ramę podczas naszej ostatniej nocy…Okazali się oni dosłownie i w przenośni powiewem świeżego powietrza!

Gdy odwiedziliśmy Muzeum DakshinaChitra w Tamil Nadu (jednym z regionów Indii), natknęliśmy się na wystawę ‘I see what I draw’ (tłum. ‘Widzę to, co rysuję’). Wystawa ta powaliła mnie z nóg – nie spodziewałam się zobaczyć czegoś tak współczesnego i ‘otwartego’ tutaj, blisko wioski Kelambakkam, gdzie się zatrzymaliśmy.

Wystawa 'I see what I draw'

 Większość ludzi, których widzieliśmy na ulicach, prowadziła malutkie stoiska i sklepy. Można było tam kupić wszystko, czego dusza zapragnie. W pobliżu nie widzieliśmy ani jednej galerii sztuki, a muzeów było może z dwa. Dlatego też, gdy natknęliśmy się na tą wystawę, byliśmy bardzo poruszeni. Nagle zapomnieliśmy o ulicznym zgiełku, w którym trzeba być asertywnym w stosunku do krów, jeśli chce się mieć miejsce, aby iść po ulicy, ale tym samym nie wejść w stoisko jakiegoś sprzedawcy, którego świecidełka są rozpostarte na ziemi.

Dzieła sztuki nie zdradziły kto jest ich autorem – kobieta, mężczyzna, Indyjczyk, ktoś z zagranicy? Dopiero gdy podeszłam do stołu, na którym leżały publikacje artystki, zaczęłam czytać o jej przeszłości i poprzednich projektach. Nagle ktoś do mnie podszedł i się przedstawił. Wtedy zdałam sobie sprawę, że była to autorka wystawy we własnej osobie!

Anamika powiedziała, że zauważyła moje zainteresowanie jej pracami i postanowiła mnie zaskoczyć. Rzeczywiście – była to świetna niespodzianka, której się nie spodziewałam!

Dwa dni później Zach i ja byliśmy w drodze do studia Anamiki. Nasz Uber błądził między zabłoconymi ulicami aż wreszcie zatrzymaliśmy się przed domem, a kierowca oznajmił, że dojechaliśmy na miejsce. Dopiero gdy taksówka odjechała, zorientowaliśmy się, że mężczyzna wysadził nas pod złym adresem… Widzieliśmy początek i koniec ulicy, więc gdy zadzwoniłam do Anamiki, a ona powiedziała, że stoi przed domem ale nas nie widzi, zaczęliśmy się martwić – nie mieliśmy pojęcia gdzie jesteśmy… Pokazałam mapę mieszkance ulicy, która stała przed swoim domem i patrzyła się na nas (jak większość ludzi zamieszkałych na tej ulicy…). Wkrótce znowu zadzwoniłam do Anamiki i wspólnym wysiłkiem, z pomocą miłej pani, udało nam się określić gdzie się znajdujemy.

Rama, partner Anamiki, poprosił nas przez telefon, abyśmy nie ruszali się z miejsca, w którym się znajdowaliśmy – będzie łatwiej, gdy to on po nas przyjedzie i zabierze nas do studia. Za kilka minut zobaczyliśmy wielkiego jeepa wyłaniającego się zza rogu. Przyjazny, brodaty mężczyzna, którego rozpoznałam z wcześniejszej wystawy, machał do nas zza kierownicy.

Rama powiedział nam później, że nie miał najmniejszego problemu, aby nas znaleźć. Dlaczego? Po prostu spytał się lokalnych mieszkańców, czy szli tędy jacyś ludzie. Ci bez wahania odpowiadali wskazując w odpowiednim kierunku: ‘ONI poszli tędy!’.

Chociaż nasza wizyta miała być krótka i chcieliśmy tylko zadać Anamice kilka pytań co do jej prac i zrobić pare zdjęć na naszą stronę, siedzieliśmy w jej studio przez prawie trzy godziny!

Dowiedzieliśmy się, że Anamika i Rama pracują i mieszkają razem. Obydwoje są znanymi artystami na południu Indii. Rama opowiedział nam o swoim cudownym projekcie – pokazał nam 64 malutkie okienka, które kiedy otwieraliśmy, zabierały nas do świata indyjskich ulic. Można było tam znaleźć wszystko, co tylko istnieje!

 Wysłuchaliśmy też opowiesci o ich ślubie i nie mogliśmy uwierzyć jak podobna była do naszej – wesele tylko dla ich dwojga, a potem jeszcze dwa inne: dla każdej z rodzin. Jedyna różnica jest taka, że my nadal mamy te dwa wesela do zorganizowania!

 Rozmawialiśmy o świecie sztuki i pieniędzy i równowadze między sztuką, którą robi się dla pieniędzy, a tą, którą chce się tworzyć. Ich opowieści z pewnością nie są podobne tylko do tych moich – na świecie jest więcej artystów, którzy muszą stawiać czoła takim dylematom.

 To, co było niezwykłe o Anamice i Ramie, to to, że byli oni inni od wszystkich ludzi, których do tej pory spotkaliśmy w Indiach. Potrafili oni otwarcie rozmawiać z nami o problemach, z którymi boryka się ich kraj, a także o różnicach, jakie występują w Indyjskim społeczeństwie. Samo zrozumienie tego, że takie różnice w ogóle istnieją pozwala im swobodnie ‘poruszać się’ w różnego typu grupach społecznych, nieważne czy są to doktorzy, budowlańcy, nauczyciele czy ludzie zatrudnieni w innych zawodach.

Swoboda, z jaką żyją Anamika i Rama, była też widoczna w ich projektach – rzeczy, które tworzą są miksem satyry i stylu ulicznego; zbiorem obiektów, które mogą być zrozumiane przez każdego, jeśli tylko jest się otwartym na ‘inność’.

 Wystawa, na którą natknęliśmy się w Muzeum DakshinaChitra była otwarta dla każdego i oglądali ją ludzie pochodzący z różnych grup społecznych i wykonywujących przeróżne zawody. Odwiedzający mieli też szansę na zostawienie swojej opinii w ‘Księdze Gości’. Jedna z nich szczególnie przyciągnęła naszą uwagę: “Jak śmiecie pokazywać tutaj tak perwersyjne prace?! Zapomnieliście o swojej Indyjskiej kulturze?” – we czwórkę dyskutowaliśmy o tym, że ktoś, kto wydaje się tak zamknięty na sztukę, która wybiega poza tą tradycyjną, wysilił się jednak na zostawienie komentarza. Wystawa Anamiki sprawiła, że ta osoba coś poczuła i coś pomyślała.

Dowiedzieliśmy się też, że Anamika i Rama uwielbiają podróżować. Wymieniliśmy się poradami i usłyszeliśmy o miejscach w Indiach, o których nikt nam wcześniej nie powiedział! A przecież do tej pory spotkaliśmy tyle Indyjczyków, którzy radzili nam gdzie się wybrać…ale nikt nie wspomniał o miejscach, które polecili nam nasi nowi znajomi. Anamika i Rama umieli po prostu rozpoznać, co nas interesuje.

 Mieliśmy też okazję zobaczyć ich ogromny dom/studio artystyczne. Na końcu każdego wąskiego korytarza było coś, co nas zaskoczyło: kot siedzący na lodówce, kolekcja masek z każdego zakątka świata, piękne figurki z niebieskiego szkła, szafa pełna farb.

 
 

 Tej nocy wyszliśmy z domu naszych nowopoznanych przyjaciół z wielkimi uśmiechami. Obydwoje nie mogliśmy sobie przypomnieć kiedy ktoś sprawił, że byliśmy tak zaskoczeni i szczęśliwi. Co prawda podróżujemy, żeby zobaczyć cuda świata i matki natury, ale czym byłby świat bez wspaniałych ludzi? Dlatego też ciągle idziemy do przodu – aby znajdować bratnie dusze na drugim końcu świata.


 
 
BESbswy